Wakacje z klasyką
Wybór wakacyjnych lektur to przyjemne, aczkolwiek niełatwe zadanie. Zazwyczaj wybieramy książki dość lekkie w czytaniu, wciągające, często pokaźnych rozmiarów. Mają starczyć na długo i sprzyjać odprężeniu. Ja także takich książek mam już całkiem sporo pod ręką, jak widać choćby w poprzednim wpisie. Tym niemniej, wakacje to często jedyna okazja, aby przeczytać coś, po co nie mamy czasu sięgąć w ciągu roku, książki, których nie udało nam się przeczytać do tej pory, ale które przeczytac zawsze chcieliśmy. Krótko mówiąc, wakacje to idealna pora, aby nadrobić zaległości w klasykach literatury.
Postanowiłam więc, że w ciągu tego lata zmierzę się z przynajmniej jednym tytułem, po który zawsze chciałam sięgnąć, ale jakoś nigdy mi się nie udało, i namawiam Was do przyłączenia się. Niech to nie będzie wyzwanie, ale taka wspólna mobilizacja do przeczytania jakiegoś wspaniałego, opasłego tomiska, do którego nieznajomości niechętnie się przyznajemy. Wyzwanie swoją drogą pora obmyslać, ale to zawsze troche trwa, i chyba powinno być zdecydowanie bardziej długofalowe niż właśnie zakończone, trzymiesięczne 6 kontynentów .
Przez klasykę rozumiem niekoniecznie dzieła autorów greckich i rzymskich, ale raczej szeroko pojętą klasykę literatury światowej. Sama jeszcze waham się, za co się zabrać. Od dawna chciałam przeczytać "Iliadę" i "Odyseję", ostatnio kusi mnie też "Eneida". Z drugiej strony, jest sporo klasyki angielskiej, którą albo czytałam na studiach i niewiele pamiętam, albo nawet nie czytałam w ogóle, a chciałabym i powinnam. I tak kusi George Eliot - "Miasteczko Middlemarch" albo "Młyn nad Flossą". Ten drugie właśnie został bardzo ładnie wydany przez Świat Książki, więc kusi tym bardziej. Niby czytałam obie te książki na studiach, ale nie pamiętam ich kompletnie. Ponieważ uwielbiam epokę wiktoriańską (myślałam nawet kiedyś o wiktoriańskim wyzwaniu;)), kusi mnie też Thomas Hardy, zwłaszcza nieczytany nigdy "Powrót na wrzosowisko". A może kupiony niedawno za złotówkę Wilkie Collins i "Kobieta w bieli"? Zawsze chciałam też przeczytać "Targowisko próżności" Thackeraya, zwłaszcza po świetnym filmie Miry Nair i jakoś nigdy nie miałam czasu...
Mierzę siły na zamiary i wiem, że zbyt wiele nowości kusi mnie ze wszystkich stron, żebym spokojnie pogrążyła się w kalsyce. Ale jedną książkę sobie wybiorę i będę ją spokojnie czytać po kawałku. Nie próbuję nawet myśleć o literaturze francuskiej czy rosyjskiej, czy jakiejkolwiek innej, chociaż kusi mnie też z półki "Don Kichot", ale te wyżej wymienione tytuły prześladują mnie juz od lat. Jak tylko się zdecyduję, który z nich wybrać na najbliższe tygodnie, dam Wam znać. Przyłączy się ktoś do mnie?:)
6 Jul 2008Stosiki wakacyjne
W weekend udało nam się wreszcie pozbierać porozrzucane po całym domu książki, które czekały na pierwsze dni wakacji. Mogę więc i ja zaprezentować wam mój stosik, a nawet dwa. Od razu dodam, że kompletne nie są, bo kilka książek jeszcze mam zamówionych w bibliotece, ale że i tak mój stosik jest nieprzyzwoicie wysoki, to nie będę może na razie do niego dokładać.
Najpierw stosik U, który już wygrzewa się pod gorącym niebem Italii.

Dan Simmons zakupiony częściowo pod wpływem recenzji Inblanco , a częściowo dlatego, że wyprawy polarne i odkrycia geograficzne to nasza pasja. "Amagansett" zaintrygował mnie opisem na okładce, zresztą Mark Mills zbiera dobre recenzje na angielskich blogach. Lippman i Charras to moje niedawne lektury, zaś Robin Cook to jeden z autorów, których czytamy od lat. Wprawdzie ostatnie książki bywają coraz bardziej do siebie podobne, tym niemniej to solidnie napisana literatura rozrywkowa. Tutaj akurat dwie jego starsze książki, wygrzebane z tylnych rzędów u moich rodziców. Wino z przedwyjazdowej imprezy, nie włoskie akurat;)
Drugi stosik już mój:

Większość książek pożyczona, z bibliotek oraz od koleżanek - jak ja się cieszę, że moje przyjaciółki mają podobny do mojego gust czytelniczy:) Od góry patrząc, "Musimy porozmawiać o Kevinie" to książka zaczęta w ramach wyzwania 6 kontynentów, chociaż okazało się, że jej amerykańskość może być poddana w wątpliwość. W każdym razie już mnie wciągnęła i może nawet uda mi się ja dzisiaj skończyć... "Tango w Buenos Aires" to chyba wynik zbiorowej miłości do Argentyny wyznawanej przez całą grupę campeones oraz zachęcającej opinii koleżanki. "Kłamstwa" także od koleżanki, w dodatku polecane znowu przez Inblanco . "The Post-Birthday World" to nabytek z podróży do Warszawy. Książka Karoliny Macios skusiła mnie chyba tylko recenzjami, zresztą trzeba czasem na wakacjach przeczytać wreszcie coś lekkiego i coś polskiego... Lessing i Atwood to autorki wciąż słabo mi znane, więc chętnie pożyczyłam te książki, Atwood tym chętniej, że opinie na temat jej książki są skrajnie zróżnicowane, chętnie przekonam się sama, jaka jest prawda. Charlotte Link kusi mnie bardzo swoim "Echem winy", ale postanowiłam chwilowo zaoszczędzić i najpierw przypomnieć sobie czytany dawno temu "Dom sióstr". "Zagubieni w mroku dusz" to kolejna książka o inspektorze Serrailler, a "Obserwacje" to już dawno przeze mnie upatrzona powieść dziejąca się w epoce wiktoriańskiej, z tajemniczym domostwem i sekretami z przeszłości, w dodatku nominowana do Orange Prize. Na koniec zaś reportaże z Afryki mało znanego polskiego podróżnika, które już zaczęłam i bardzo mi się podobają.
Kusi mnie jeszcze nowa seria wydawnictwa Zysk i S-ka, a w niej takie tytuły jak "Powiedział mi wróżbita" i "Z wąskim psem do Carcassonne" , ale postaram się na razie powstrzymać. Na szczęście wreszcie będę miała trochę więcej czasu na czytanie, może więc uda mi się jakoś przez ten stos przebić...
30 Jun 2008Lato, lato, lato czeka...
Ciągle w biegu, ciągle nie mogę złapać tchu. Zatrzymałam się dzisiaj znienacka, jest piątek, kończy się rok akademicki, zbliżają wakacje. Wakacje! Podstawowa zaleta mojego zawodu - ten dreszczyk emocji związany z letnim nicnierobieniem, z lenistwem, słońcem, z podróżami. Jeszcze siłą rozpędu przebięgnę pewnie kilka najbliższych dni, jeszcze wciąż przede mną kilka godzin zajęć, egzaminów, sprawdzania testów, ale już bez przekonania do tego podchodzę, już zaczyna mnie powoli ogarniać lenistwo.
Przygotowania przedwakacyjne wiążą się oczywiście z gromadzeniem książek. Stosik powoli rośnie, niedługo go na pewno zaprezentuję. Plany czytelnicze już snuję, niedługo się skrystalizują. Plany wyjazdowe na razie nie chcą się urodzić, ale może ta atmosfera pośpiechu im po prostu nie sprzyja.
Pomiędzy jednym egzaminem a drugim byłam w tym tygodniu w stolicy, kilka godzin tylko i oczywiście w pośpiechu, ale jakims cudem udało mi się wpaść do księgarni amerykańskiej na Nowym Świecie, no i oczywiście zzieleniałam z zazdrości. Nie ma w Poznaniu miejsca z taką ilością beletrystyki w języku angielskim. Mamy Omnibusa, ale niestety nie umywa się nawet do American Bookstore... Nie darowałam sobie i w kilka minut wyszukałam dawno już upatrzoną na amazonie "Post-birthday world" Lionel Shriver, której to autorki w tej chwili czytam "Musimy porozmawiać o Kevinie" (nawiasem mówiąc, nie wiem jak to się stało, ale przekonana byłam, że to autorka amerykańska i zaplanowałam tę książkę jako odwiedziny w Ameryce Północnej w ramach wyzwania 6 kontynentów , a tymczasem okazało się, że to Brytyjka...) Przynajmniej będę miała dodatkową zachętę do takich szybkich wyjazdów do Warszawy w przyszłości...
Poza tym U wyjeżdża na prawie miesiąc, do Włoch, czego mu oczywiście z całego serca zazdroszczę, i muszę mu przygotować oddzielny stosik na wyjazd, bo z poprzednich lat już wiemy, że mu nigdy lektur na cały miesiąc nie starcza. "Święte gry" by może starczyły, ale jakoś go przerażają chyba, więc myślę nad czymś innym, w miarę pokaźnym objętościowo. Zapewne Wam jego stosik także zaprezentuję, jak już się go nam uda stworzyć.
I tak upływa mi czas, dobrze, że tak szybko, bo nie mam czasu się smucić, że zostanę sama, i to akurat teraz, gdy wreszcie będę miała czas posiedzieć trochę w domu. Ale przynajmniej moje czytanie i blogowanie na tym zapewne skorzystają;)
A Wy szykujecie się już do wakacji, książkowo i nie tylko?
27 Jun 2008Maderćodowy Bombaj
Szukacie idealnej książki na wakacje? Wciągającej, długiej, nie za trudnej, ale też nie banalnej, takiej, do której będzie się chciało wracać przez wiele kolejnych wieczorów, która zaintryguje i nie zmęczy. Lepszej kandydatki nie będzie - "Święte gry" Vikrama Chandry to powieść stworzona wręcz do wakayjnego czytania. Ja przeczytałam ją wprawdzie w okresie najwięszego ruchu w pracy, ale nawet to nie przeszkodziło mi w delektowaniu się przyjemnością związaną z lekturą i chociaż nie spodziewałam się, że zajmie mi prawie miesiąc, to teraz żal mi, że się już skończyła...
Bohaterem "Świętych gier" jest przynajmniej pozornie Sartadź Singh, nieco cyniczny i zmęczony życiem policjant zamieszkujące jedno z najbardziej niezwykłych miast świata, miasto, które zawiera w sobie całe Indie - Bombaj. Bohater z niego jednak nietypowy, ponieważ czasem zdarza mu się zniknąć nawet na całe 100 stron - w skali 1000-stronicowej powieści to wszak nie tak długo. Palmę pierwszeństwa odbiera Sartadźowi Ganeś Gaitonde - bombajski mafioso, którego poznajemy na początku powieści w okolicznościach niezbyt przyjemnych - Gaitonde odstrzeliwuje sobie głowę. 1000 stron zajmie opowieść o tym, dlaczego to zrobił i jak w ogóle został bhai, czyli gangsterem. Opowieść tę chciałby tez poznać Sartadź, jemu jednak przychodzi to ze znacznie większym trudem niż czytelnikowi, musi bowiem po drodze rozwiązać sporo pomniejszych, ale równie dla nas fascynujących spraw, musi zakochać się, pochować przyjaciela, odnaleźć bombę i sens życia. Vikram Chandra nie oszczędza bowiem czytelnika i prezentuje nam Bombaj jako mateforę Indii, a Indie to wielki worek i wiele rzeczy w nim można znaleźć. Im dłużej jednak czytamy, tym bardziej pochłania nas ten drobiazgowo sportretowany bombajski mikrokosmos, a szczegóły i wątki poboczne zamiast rozpraszać, zaczynają się dopełniać i przeplatać.
Jak na thriller przystało, napięcie rośnie z każdą kolejną setką stron, ale jednocześnie - to ciekawe - przestaje być istotne. Istotne staje się nie jak brzmi rozwiązanie zagadki (chociaż nie powiem, czytałam coraz szybciej, żeby już wszystkiego się dowiedzieć), ale dlaczego brzmi ono tak właśnie.
Jednym z najbardziej niezwykłych elementów układanki, która są "Święte gry", jest język. Podobnie jak w przypadku fabuły, tak i w warstwie językowej Candra nie ma litości dla czytelnika - książka naszpikowana jest wyrazami i zwrotami w hindi i innych językach używanych w Bombaju, w dodatku nie są one nawet wyróżnione kursywą. Na końcu książki znajduje się 16-stronicowy słowniczek, ale sięganie do niego co chwilę bywa dość uciążliwe. Ponieważ jednak literatura bez języka istnieć nie może i to właśnie język jest jedynym narzędziem, które może przenieść nas w taki świat istniejący na pograniczu rzeczywistości i wyobraźni, zamiast zżymać się na trudności w czytaniu, lepiej dać się ponieść w obce linwistycznie rejony. Ja szybko postanowiłam przestać sprawdzać wszystko w słowniczku i tylko sporadycznie do niego sięgałam, a po kilkuset stronach stwierdziłam ze zdziwieniem, że zaczynam myśleć w tej mieszance hindi i polskiego. Teraz wydaje mi się, że właśnie te wtrącenia są czynnikiem dodającym tej książce najwięcej uroku. Właściwie jedynym moim zastrzeżeniem jest to, że nikt z moich znajomych tej książki jeszcze nie czytał i raczej nie zrozumieją, jeśli wyrwie mi się powiedzenie typu behenćodowy korek lub dam ci zaraz w gand;) A po spędzeniu wielu godzin w towarzystwie ludzi, którzy pieszczotliwie mówią do siebie "ty ćutijo" (ty draniu) łatwo się do miękko brzmiących wyzwisk przyzwyczaić. Muszę jednak przyznać, że dla osób, które tak jak U lubią rozumieć każde pojedyncze słowo ta książka może okazać się nieco męcząca.
Sporo radości sprawi książka fanom Bollywoodu, ponieważ bollywoodzkie filmy są w niej wciąż obecne, wspominani są aktorzy tacy jak Dev Anand czy Aiśwarya Rai, koledzy Sartadźa naśmiewają się z jego filmowego gustu, a Gaitonde podśpiewuje sobie przeboje z kina, a nawet kręci własny film. Ja wielką fanką Bollywoodu nie jestem, aczkolwiek od czasu do czasu z fascynacją oglądam ich produkcje, tym niemniej ten apsekt powieści też wydał mi się ciekawy.
Rozpisałam się, ale tak obszerna książka zasługuje na obszerny wpis. Żal mi rozstawać się z Sartadźem Singhiem i Ganeśem Gaitonde, żał mi opuszczać brudny, zakorkowany, skorumpowany Bombaj. Muszę powstrzymywać się, żeby od razu nie pobiec do księgarni po drugą wydaną u nas książkę Vikrama Chandry - zbiór opowiadań "Miłość i tęsknota w Bombaju", i to pomimo iż za opowiadaniami nie przepadam. Tym bardziej chętnie zamówię sobie pierwszą powieść Chandry, niestety nie wydaną u nas jeszcze "Red Earth and Pouring Rain". "Święte gry" mają swoje wady - część wątków jest zdecydowanie zbędna, czasem trudno się połapać, gdy autor rozwiązuje zagadkę sprzed 600 stron, lub gdy wprowadza kolejne podobnie się nazywające postaci. Te mankamenty nie mogą jednak zatrzeć ogólnego wrażenia, iż "Święte gry" to porywająca, epicka opowieść o jednym z najbardziej fascynujących miejsc świata, dlatego polecam Wam ją z pełnym przekonaniem.
23 Jun 2008Dziewiętnaście sekund
Ponieważ wciąż pogrążona jestem w "Świętych grach", dobieram sobie dodatkowe lektury, które zmieszczą się w torebce, bo bez książki chodzić nie lubię, a opasłe tomisko Vikrama Chandry zdecydowanie się nie nadaje. Próbuję też nadgonić 6 kontynentów, nie da się ukryć więc, że wybieram książki raczej skromne objętościowo. Tym razem wybór padł na Europę. Nie mogłam zdecydować się na żaden tytuł, postanowiłam przeczytać więc coś z kraju, którego literaturę znam słabo. "Dziewiętnaście sekund" Pierre'a Charrasa wpadło mi w ręce przypadkiem, ale opis z okładki mnie zafascynował, francuskiej literatury prawie nie czytam, a i długość wydała się zachęcająca. Miała zamiar czytać ją tylko w tramwaju, w domu dochowując wierności "Świętym grom", ale po przeczytaniu kilku pierwszych stron nie mogłam się już oderwać i dokończyłam książkę w jeden wieczór.
Większość książki mieści się w tytułowych dziewiętnastu sekundach. Główni bohaterowie, Gabriel i Sandrine, są ze sobą od dwudziestu pięciu lat, i choć się kochają, ich związek wypalił się z niezrozumiałych dla nich przyczyn. Postanawiają się rozstać, a że nie za bardzo potrafią to po tak długim wspólnym życiu zrobić, aranżują ostatnie spotkanie. Gabriel będzie czekał na Sandrine na stacji paryskiego metra. Jeśli ona będzie chciała z nim zostać, przyjedzie o 17.43 w trzecim wagonie pociągu. Jeśli jej nie będzie, to znaczy, że właśnie się wyprowadza z ich wspólnego mieszkania.
Dziewiętnaście sekund to czas pomiędzy zatrzymaniem pociągu na stacji, a katastrofą, która zaważy na życiu Gabriela i Sandrine. Każdy rozdział opisuje jedną sekundę, i każdy pełen jest intensywnych emocji i bardzo drobiazgowych obserwacji. Niespodziewanie autor włącza kolejne postaci, które pojawiają się stopniowo na scenie, dążąc ku swemu przeznaczeniu niczym bohaterowie tragedii greckiej.
Zakończenie zaskakuje. Zaskakuje również to, co dzieje się potem, w kilku ostatnich rozdziałach książki. Nagle okazuje się, że tematem nie są tylko uczucia rozstających się ludzi, ale także rola przeznaczenia, oraz najbardziej ukryte, ciemne strony ludzkiego charakteru. I pomimo tych zaskoczeń i zwrotów akcji, książka jest spójna. Bardzo intrygująca i oryginalna lektura!
19 Jun 2008Jeździec na wielorybie
Po niewielką książeczkę całkiem mi nieznanego nowozelandzkiego pisarza sięgnęłam właściwie tylko dlatego, że szukałam czegoś cienkiego do tramwaju, ponieważ czytane przeze mnie już od miesiąca "Święte gry" zdecydowanie się do noszenia w torbie nie nadają, oraz czegoś do wyzwania 6 kontynentów, którego termin wkrótce upływa. "Jeździec na wielorybie" nadawał się doskonale. Opis na okładce zaintrygował mnie dodatkowo, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, żebym sięgała po tę książkę z wielkimi oczekiwaniami. Mile się rozczarowałam, ponieważ książka Witi Ihimaera okazała się być pełną magii metaforą, bogatą w znaczenia, a jednocześnie uroczą i lekką w lekturze.
Dawno, dawno temu, na początku świata, stworzenia morskie niecierpliwie wyglądały pojawienia się pierwszego człowieka. Gdy zjawił się Paikea - praprzodek Maorysów, pomiędzy nim a przywódcą stada pierwszych wielorybów pojawiła się przyjaźń i miłość. Człowiek i wieloryb wspólnie przemierzali morza i oceany, zjednoczeni w uścisku. Jednak pewnego dnia Paikea postanowił pozostać na lądzie i tam założyć rodzinę, wieloryb zaś, odpowiedzialny za swoje stado, musiał opuścić jedynego przyjaciela. Odtąd jego serce przepełniał smutek i tęsknota za człowiekiem, starał się jednak być dobrym przywódcą dla swojego stada.
Od tego czasu minęły jednak stulecia. Wieloryb zestarzał się a wody po których prowadził swoje stado zostały skażone. Tęsknota za jedynym przyjacielem stała się nie do zniesienia i wieloryby zaczęły podpływać blisko plaż, zbyt blisko, aby móc powrócić na otwarte wody. Tymczasem potomkowie Paikei, Maorysowie, od lat kultywują stare tradycje, starają się żyć w poszanowaniu przyrody i obyczajów. Ich przywódcą jest stary Koro Apirana, którego głównym marzeniem jest znalezienie swojego następcy w kolejnym pokoleniu. Niestety, zamiast wyczekiwanego wnuka na świecie pojawia się dziewczynka, Kahu, a jej dziadek nie potrafi dopuścić do siebie myśli, że kobieta mogłaby stanąć na czele plemienia.
Kahu ma jednak dar przekazany jej przez samego praprzodka Paikeę - potrafi rozmawiać z wielorybami. I mimo iż dziadek odtrąca wciąż jej miłość, już jako mała dziewczynka walczy o jego uznanie. Dopiero jednak, gdy na plaży zaczną ginąć wieloryby i gdy w czasie burzy pojawi się sam Paikea, Kahu będzie miała okazję przekonać dziadka, że naprawdę jest wybraną. Aby to zrobić, będzie musiała zaryzykować szaleńczą wyprawę na grzbiecie starego, oszalałego z tęsknoty wieloryba, wyprawę, która może zakończyć się śmiercią.
Opowieść o Kahu i jej dziadku stanowi główną oś książki, ale przeplatana jest maoryskimi legendami i opowieściami o tęskniącym wielorybie. Te dwie opowieści uzupełniają się tak, jak świat ludzi i przyrody, tak jak świat Maorysów i wielorybów nie mogą bez siebie istnieć. Bolesna historia Kahu walczącej o miłość dziadka i historia wieloryba pragnącego znowu ponieść na swoim grzbiecie człowieka mogą być czytane jako metafory świata, który może istnieć tylko w jedności, tylko gdy granica między światem ludzi i światem przyrody zostanie zatarta. Rytualny okrzyk Maorysów, hui e, haumi e, taiki e znaczy: niech się stanie, połącz wszystko, zwiąż wszystko. Ale czy jeszcze możliwe jest takie połączenie?
Niewielka objętościowo bajka, a niesie w sobie tyle treści. Odkrycie jej było naprawdę niezwykłą niespodzianką, dokładnie taką, na jaką liczyłam przy wyzwaniu 6 kontynentów . Według tej książki został też nakręcony film, chętnie go przy okazji obejrzę.
15 Jun 2008
International IMPAC Dublin Literary Award
International IMPAC Dublin Literary Award to jedna z najwyższych pod względem finansowym nagród świata - zwycięzca dostaje 100 000 euro. W zeszłym roku nagrodę dostał Per Petterson za świetną książkę "Kradnąc konie", dwa lata temu równie dobry "Mistrz" Colma Tóibína, wśród wcześniejszych zdobywców jest także wiele tytułów, które sobie bardzo cenię, dlatego tegoroczna nagroda bardzo mnie interesuje. Zwycięzca jest mi całkiem nieznany, ale mam nadzieję, że tylko chwilowo. Jest nim Rawi Hage za książkę "De Niro's Game".
Hage urodził się w Bejrucie, a po wojnie domowej wyemigrował do Kanady. "De Niro's Game" to jego debiut, a w konkursie pokonał 137 innych powieści. Nominacje do tej nagrody są zgłaszane przez biblioteki z 45 krajów. Konkurencja jest więc naprawdę duża.
Bohaterami powieści są dwaj chłopcy, Bassam i George, dorastający w ogarniętym wojną domową Bejrucie. Gdy chłopcy wkraczają dorosłość, muszą podjąć decyzję, czy zostać w Bejrucie i żyć wśród przestępstw i wojny, czy wyemigrować, opuszczając wszystko, co jest im bliskie.
Napisana poetyckim językiem, a jednocześnie wciągająca i porywająca - takie opinie powtarzają się w recenzjach. jak dla mnie brzmi to zachęcająco. O Libanie nie wiem prawie nic, a lubię czytać książki, które przenoszą mnie w świat kompletnie mi nie znany.
14 Jun 2008
Dylematy konsumenta książek
Natknęłam się niedawno na taki obrazek:

Autorem jest Adrian Tomine, zaś tytuł to Read-handed. Po obejrzeniu go zaczęłam się zastanawiać, ilu z nas kupuje jeszcze książki w niewielkich księgarniach, i jakimi pobudkami kierują się ci, którzy to robią.
Zdarza wam się kupić książkę w małej księgarni dlatego, że świadomie chcecie wesprzeć jej istnienie? Ja tak czasem robię, aczkolwiek przyznam, że bardzo rzadko. Są w Poznaniu takie księgarni, których znieknięcie byłoby dla mnie smutne. Można w nich dostać książki, których nie ma w Empikach, a jeśli są, to zdecydowanie gorzej wyeksponowane. Niestety, nie ma tu takiej księgarni, w której mogłabym pogadać o książkach z właścicielem, wszystkie są tak samo bezosobowe, zaś obsługa mało kompetentna. Korzyści z ich istnienia wiele więc nie mam. Mimo to szkoda by mi było, gdyby zniknęły i czasem świadomie wybieram zakup właśnie tam.
Zamawianie przez Internet jest często tańsze, zazwyczaj prostsze, ale jakoś nie potrafię się do niego przekonać. Oczywiście, jeśli chcę zamówić coś, czego nie dostanę w zwykłej księgarni, to nie mam specjalnych oporów przed korzystaniem z internetowej księgarni, polskiej lub zagranicznej. Jeśli jednak mam wybór, zdecydowanie wolę kupić książkę bezpośrednio, nawet minimalnie drożej. Czy jestem staromodna?
Chciałabym, aby w moim mieście pojawiło się wiecej małych księgarenek z prawdziwego zdarzenia - takich, w których mogłabym porozmawiać o najnowszych tytułach, w których sprzedawcy wiedzieliby, kto napisał "Love story", odróżnialiby Gaimana od Kinga, wiedzieli, że sióśtr Brontë nie należy szukać w literaturze skandynawskiej (to wszystko zaobserwowane przeze mnie ostatnio przypadki). Czy muszę sama otworzyć taką księgarnię? Czy wspierając niewielkie sklepiki doczekam się takiego miejsca z duszą?
10 Jun 2008